Kronika Jasieńca Jana Wągrodzkiego cz. 21

  • Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
25 września 2018

"W roku 1858, gdy już właścicielem Warpęs był Piotr Suski, pracował w Warpęsach 36letni rządca Mateusz Dutkiewicz, który miał szczególne upodobania do bicia ludzi spóźniających się do pańszczyźnianej roboty i bardzo był z tego zadowolony, gdy go jeszcze za to przepraszano, całowano po rękach i obłapiano rękami za stopy. Przy dworskiej bramie była umyślnie postawiona dosyć tęga ława do tak zwanych pokładanek. Gdy ktoś spóźnił się na pańszczyznę, musiał położyć się na tej ławie, czyli na pokładance, a pan rządca odliczał mu kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt batów, w zależności od tego jak dużo się spóźnił. Na niespełna rok przed jego śmiercią odliczył kilkanaście tęgich batów piętnastoletniemu chłopakowi, ale ten chłopak był – jak wtedy mówiono – „nieprzychylny” i nie chciał przeprosić pana rządcy, w tym przypadku z przeprosinami za syna pospieszyła matka pobitego chłopaka, która była obecna przy tej egzekucji, bo i ona również odrabiała pańszczyznę.

Była już od kilku lat wdową, płakała, ale pocałowała pana rządcę w obie ręce i niziutko obłapiła go rękami za stopy. Za kilka dni po tym zdarzeniu rządca zachorował, zaczęły go boleć nogi. Zapytywał wtedy starszych poważniejszych chłopów: „Czy to też są czarownice na świecie?”Odpowiadano mu zgodnie, że nie wiadomo, ale on sam twierdził: „Oj są, psiekrwie, są, jak jej chłopaka zbiłem i upadła mi do nóg, żeby mnie przeprosić, jak mnie objęła rękami za stopy, to aż mi czubkiem palców wiatr poszedł”

W niespełna rok po tym zdarzeniu, dnia 14 lutego 1859r., zmarł w Warpęsach rządca Mateusz Dutkiewicz w tym przekonaniu, że został śmiertelnie oczarowany. Jego żona, 27-letnia Anna z Głowackich, pochodząca z Turowic, na jego pogrzebie załamywała ręce, rozpaczała ogromnie i biadoliła: „Ach Boże! Jak można było tak drogą duszę zgładzić z tego świata?”

Było to zdarzenie autentyczne, opowiadane niejednokrotnie przez żyjących jeszcze kilkadziesiąt lat później naocznych i wiarygodnych świadków, w okresie pierwszej wojny światowej i w kilka lat później.

Chociaż to działo się jeszcze za czasów pańszczyzny, to rzekomej „czarownicy” nie spalono żywcem na stosie, bo już wówczas czynić tego nie wolno było.

Prawdopodobnie, jak wtedy mówiono, car rosyjski Aleksander I, po Kongresie wiedeńskim, Król Polski, już na 40 lat przed tym zdarzeniem wydał dekret zabraniający palenia czarownic żywcem na stosie, a to się działo już za czasów panowania cara Aleksandra II, nazwanego później – po skasowaniu przez niego pańszczyzny – Oswobodzicielem.

Dnia 14 listopada 1859 roku w kościele w Jasieńcu odbył się ślub Pawła Sendzikowskiego, posesora dóbr Wymysłowice, lat 39, wdowca po Salomei z Mularczyków, z Anną z Głowackich Dutkiewiczową lat 28, wdową po Mateuszu Dutkiewiczu, zmarłym 14 lutego roku bieżącego. Zapowiedzi były wygłoszone w obu kościołach, potworowskim i jasienieckim. Anna z Głowackich Dutkiewiczowa (urodzona w Turowicach) z Pawłem Sendzikowskim z Wymysłowic, par. Potworów.

W roku 1859 drugi z rzędu syn byłego wójta, Józefa Jaszowskiego – Stanisław ożenił się dnia 8 marca 1859 roku z młodą panną dziewiętnastoletnią Wandą Zakrzewską z Celejowa zza Wisły. Kupił od ojca Łychowską Wolę z inwentarzami żywymi i martwymi po 7500złp za  włóke chełmińską, a więc za 28 włók i 7 morgów (według mapy i rejestru pomiarowego) wypadła suma 211,750 złp, większą część tej sumy tj. 110,000złp spłacił ojcu posagiem żony, a resztę częścią swej schedy (wynoszącej 60,000złp i długiem na jego wsi zahipotekowanym procent rodzicom na ich utrzymanie przynoszącym).

 

Gospodarka w Łychowskiej Woli jeszcze wtedy gdy Józef Jaszowski gospodarował, już stała na wysokim poziomie, hodował kilka krów, 1.000sztuk owiec, ukopywał ze swojego gospodarstwa corocznie około 2.000korcy kartofli i siał corocznie koniczynę na kilkudziesięciu morgach, a tym bardziej, gdy gospodarstwo przejął jego syn, Stanisław – wykształcony agronom, który po ukończeniu szkoły rolniczej w  Marymoncie odbył jeszcze praktykę rolniczą w Tarnogórze w Lubelskiem, Łychowska Wola stała się jakby ogniskiem kultury rolniczej dla całej ówczesnej ziemi czerskiej, czyli późniejszego powiatu grójeckiego od roku 1869.

 

Gdy wybuchło Powstanie Styczniowe, drugi z rzędu syn półkownika Józefa Jaszowskiego, Stanisław Jaszowski - już żonaty i przy tym ojciec małego syna Kazimierza, zorganizował szwadron kawalerii powstańczej i na terenie guberni radomskiej i kieleckiej walczył z wojskami rosyjskimi, ale niedługo się nawojował. W dniu 20 lutego 1863 roku, gdy szarżował ze swoim szwadronem na artylerię rosyjską w bitwie pod Małogoszczą w kieleckim, zginął niespełna dwudziestodziewięcioletni rotmistrz, Stanisław Jaszowski, właściciel i dziedzic Łychowskiej Woli.

 

W roku 1863, gdy wybuchło Powstanie Styczniowe, Antoni Domański dziedzic jasieniecki, który w dzień był wójtem gminy Jasieniec , a w nocy żandarmem rządu narodowego, a także dowódcą sekcji egzekucyjnej, wsławił się wyłapywaniem opornych chłopów nie chcących brać udziału w powstaniu. Po takich opornych zajeżdżano nocami, obstawiano wokoło dom, żeby nigdzie nie uciekli, wyciągano wprost z łóżka, przywiązywano sznurem do koni i prowadzono do częstoniewskiego lasu, gdzie odbywały się egzekucje przy trakcie warecko-grójeckim. Tam wieszano chłopów na gałęziach drzew. W Wielki Piątek 1863 roku przechodzący tym traktem ludzie widzieli trzech wisielców, którym już po egzekucji powbijano w gardła kołki wyciosane z drewna osikowego jako symbol tchórzostwa i zdrady. Nie wiadomo tylko, czy tych chłopów skazanych na śmierć bez sądu prowadzono do księdza, żeby ich dysponował na śmierć, czy też nie?

W czasie Powstania Styczniowego (styczeń 1863-kwiecień 1864) w Jasieńcu i w najbliższej okolicy nie było większych bitew, zdarzało się tylko, że miały miejsce niewielkie potyczki z patrolami wojsk rosyjskich. Natomiast na terenach sąsiednich gmin zdarzały się większe potyczki, a jedna z nich rozegrała się w okolicy wsi Ogrodzienice i na polach sąsiedniej wsi Kącina, gdzie niewielki oddział kawalerii polskiej stoczył bitwę z większą grupą Kozaków dońskich, wobec czego partyzanci zmuszeni byli się wycofywać. W czasie odwrotu koń dowódcy potknął się o powalony kloc drzewa leżący na skraju lasu, jeździec spadł z konia i wtem dopadli go Kozacy. Nazwisko jego było nieznane, ale miał pseudonim „Biały Łeb”. Powieszono go publicznie w biały dzień w Chynowie.

 

Najbliższa od Jasieńca jedna z większych bitew powstańczych rozegrała się na polach Nowej Wsi i sąsiedniej wsi Rytomoczydła, o przeszło milę drogi od Jasieńca (9km). Oddział kosynierów z rożniszewskich lasów zza Warki przymaszerował nocą w okolice Nowej Wsi do tak zwanej wycinki pozostałej po wyrębie lasu, gdzie odrosty drzew, czyli krzaki stanowiły dobrą osłonę dla powstańców. Rankiem, dnia 18 maja 1863 roku na ten oddział powstańców najechała sotnia Kozaków dońskich. Partyzanci bronili się dzielnie i zarąbali kosami kilkunastu Kozaków, ale ich poległo także wielu. Jedynie sam dowódca powstańców nie dał się podejść, a chcieli go wziąć żywcem do niewoli. Który tylko kozak podjechał blisko niego, to już leżał. Zarąbać się nie dał i nie dał się wziąć do niewoli, nie mogli mu dać rady na szable i w końcu zastrzelili go.

W roku 1937 żyła jeszcze w Nowej Wsi kobieta 90letnia nazwiskiem Dyga, która była naocznym świadkiem tej powstańczej bitwy i bardzo ciekawie o tym opowiadała. Drugim był szewc Michalak, znacznie młodszy, bo około 70letni, któremu ojciec przekazał pamiętne wiadomości o tej bitwie.

W Rytomoczydłach, w sąsiedztwie Nowej Wsi, żył gospodarz nazwiskiem Lebuda, chłop pańszczyźniany, który z nakazu dziedzica wsi Rytomoczydła, pana Radzimińskiego razem z innymi chłopami zbierał poległych powstańców, kopał dla nich jeden wielki masowy grób i chował ich. Mieli powstańcy jakieś papiery zastępujące im medale śmierci i był ktoś przy tym pogrzebie, kto umiał czytać (prawdopodobnie ekonom z Rytomoczydła) zidentyfikowano ich i pochowano jednego dnia dwudziestu. Po kilku dniach znaleziono między krzakami jeszcze dwóch i pochowano ich przy nogach tych dwudziestu pierwszych. Prawdopodobnie ówczesny właściciel Nowej Wsi, Mieczysław Huba, na pamiątkę tej powstańczej bitwy i dla uczczenia poległych w tej bitwie powstańców kawał wymurować w pobliżu mogiły powstańców pamiątkowy okrągły obelisk, na którym były wypisane nazwiska tam poległych powstańców, u góry miał być napis „Przechodniu , pomnij, że jest niepojęta władza, która zło karze, a dobro nagradza”. Teraz już nie ma nazwisk powstańców na tym obelisku, ale był tam kiedyś miejscowy kowal nazwiskiem Kwapisz, który podobno spisał te nazwiska na odpowiedniej karcie.

 

W roku 1864 na skutek najwyższego ukazu o uwłaszczeniu chłopów wydanego przez imperatora rosyjskiego i króla polskiego Aleksandra drugiego Mikołajewicza-Romanowa z dnia 19 lutego według kalendarza juliańskiego ( a według kalendarza gregoriańskiego 3 marca) na rzecz jasienieckich uwłaszczonych chłopów przeszło z gruntów dworskich bardzo mało, bo tylko 20 morgów i 88 prętów ziemi.

Kolejni dziedzice jasienieccy za czasów pańszczyzny w dobrach swoich mieli małą ilość i to małorolnych gospodarzy, którzy odrabiali im pańszczyznę za użytkowaną przez nich ziemię, woleli raczej dorabiać się tak zwanymi kopiarzami, którzy w czasach pańszczyzny nie posiadali ziemi, ale odrabiali pańszczyznę za pobrane z dworu kopy zboża (kopa – 60 snopów).

Nic też dziwnego, że po uwłaszczeniu najbogatszy gospodarz miał 6 morgów ziemi (morga – 300 prętów, 56 arów), a ogromna większość chłopów czyli tak zwanych kopiarzy – w zależności, za ile kop zboża, odrabiali pańszczyznę na dworze, dostawali po 1 mordze, po dwie i po 3 morgi ziemi, dlatego też nazywano ich ironicznie „drobną szlachtą”. (...) cdn

 

Dotychczasowe fragmenty w dziale: KRONIKA JASIEŃCA

Autor: Jan Wągrodzki, spisane przez Martę Górską

Galeria

  • Powiększ zdjęcie rękopis kroniki Jana Wągrodzkiego (kserokopia)

    rękopis kroniki Jana Wągrodzkiego (kserokopia)